niedziela, listopada 01, 2009

Korg Kaossilator

Wytwarzanie muzyki zawsze było kojarzone z dotykaniem. Struny, klawisze, bębny - aby produkować dźwięk "wystarczyło" trochę umiejętności technicznych i wiedzy muzycznej. Efekt był wtedy pewny. Tradycyjne instrumentarium podlega jednak ciągłym modyfikacjom. Najpierw elektryzacji, a później elektronizacji instrumentów, które zaczynają się odrywać od swych protoplastów, tworząc odrębne formy i gatunki instrumentów.
Skupiając się na instrumentach klawiszowych - każdy laik zauważy wyjście od pianin, fortepianów i organów, w kierunku elektrycznych ich form charakterystycznych dla drugiej połowy XX wieku: potężne Hammondy czy syntezatory analogowe przeróżnej maści i rodzaju. W pewnym momencie okazało się jednak, że konstruktorzy tych muzycznych maszyn nie mają już nic do powiedzenia w kwestii brzmienia. Przynajmniej nic takiego, co wytworzy kolejne soniczne legendy. Wszystko już było, weszliśmy w fazę postmoderny, poszukiwanie nowych brzmień i torów syntezy zostało zastąpione przez usprawnianie tego co jest - trudne w transporcie analogi zostały zastąpione przez emulujące ich prace urządzenia cyfrowe. Lekkie, plastikowe i o wiele łatwiej dostępne. W końcu dla tych największych marketing stał się podstawowym kryterium tego czy instrument w ogóle powstanie.
Skoro poszukiwanie nowych brzmień przestało być możliwe, konstruktorzy skupili się na rozwijaniu możliwości nowych maszyn - w kategoriach funkcjonalności, łatwości obsługi, wielozadaniowości. Znane brzmienia musiały być maskowane przez nowe silniki efektowe, nowe sposoby kontroli i modulacji dźwięku. Roland wprowadził czujniki na podczerwień imitujące theremin Mooga, pojawiły kontrolery wstążkowe modulujące brzmienie i kontrolujące zespoły efektów, pady perkusyjne. Producenci zaczęli w końcu, co było nieuniknione, czerpać z rozwijającej się w zabójczym tempie branży komputerowej. W kontroli nad dźwiękiem pojawił się drugi i trzeci wymiar - touchpady i sensory przestrzenne. Doszło do integracji instrumentu z komputerem.

Urządzenie w Polsce można kupić za około 400zł. Większość osób zajmujących się robieniem muzyki zna to urządzenie i pisanie o nim praktycznie nie wnosi nic nowego. Prawie każdy może sobie pozwolić na tego typu sprzęt. Ale mimo prostoty i zaskakujących efektów - czy przyda się on każdemu? Korg Kaossilator wykorzystuje pomysł komputerowego touchpada, idąc jednak dalej. Urządzenie powstało tak, jak każdy nowoczesny produkt - czy to ciastko, czy samochód - na biurkach marketingowców. Oparło się o prosty pomysł: każdy chce tworzyć muzykę, każdy chce zabierać muzykę ze sobą wszędzie, a z drugiej strony nie każdy wie, jak muzykę tworzyć i nie każdego stać na drogi instrument.




Niewielkie, prostokątne, żółte (a także różowe - w limitowanej edycji) pudełeczko zbudowane z plastiku, z metalową płytką osłaniającą część frontową, której centralną część stanowi czułe na dotyk pole dotykowe. Dwucyfrowy wyświetlacz, pokrętło i cztery guziczki. Wyjście liniowe i słuchawkowe. Całość zasilana na baterie paluszki lub zewnętrzny zasilacz. Nie mogło być prościej.
Nie mogło być zabawniej. Sto przeróżnych brzmień - perkusje, syntezatory, basy, efekty specjalne, a nawet brzmienia akustyczne (między innymi pianino i trąbka) są w pełni kontrolowane przez przesuwanie palca po czarnym padzie dotykowym. Ruch palca w poziomie zmienia wysokość dźwięku, w pionie - dodaje do wybranego brzmienia różne, przypisane efekty. Po nacieszeniu się faktem, że palec może "wydawawać" mnóstwo różnych dźwięków, użytkownik odkryje w końcu, że urządzenie ma także arpegiator, powtarzający dźwięki według zaprogramowanego układu zgodnie z wybranym tempem, a nawet... możliwość nagrywania krótkich, powtarzających się pętli i nakładania na siebie odgrywanych brzmień w nieskończoność, co pozwala na tworzenie kompletnych utworów. Na Kaossilatorze trudno fałszować - producent zadbał o implementację trzydziestu jeden skal muzycznych. Dwoma guzikami i pokrętłem w mgnieniu oka wybieramy dźwięk początkowy i tonację: od klasycznych, poprzez bluesowe, do orientalnych. Na padzie dotykowym dźwięki są rozkładane według tonacyjnego porządku - w ten sposób zawsze brzmi dobrze. Możemy nawet improwizować do ulubionych nagrań, bądź z zespołem. Bez wysiłku i znajomości koła kwintowego.

Urządzenie ma swoje wady wynikające z uproszczenia i miniaturyzacji. Brak możliwości edycji brzmień i efektów do nich przypisanych, brak możliwości kontroli nad głośnością poszczególnych instrumentów (szczególnie widoczne przy nagrywaniu fraz), a także trudność w trafieniu poszczególnych, wymyślonych dźwięków na padzie dotykowym. Coś za coś. Wielu muzyków związanych z tradycyjnym instrumentarium nazywa Kaossilator zabawką, kojarzoną bardziej z circuit bendingiem i sceną eksperymentalną niż z odkrywczym instrumentem muzycznym. Wielu frustruje fakt łatwości wydawania z Korga dźwięków. Są tacy, którzy twierdzą, iż łatwość produkowania melodii za pomocą jednego palca świadczy o instrumencie źle - gdy efekty pojawiają się zbyt szybko i zbyt łatwo, zabija to muzykę. Obawiam się jednak, że Korg Kaossilator, mimo przypisanej do niego przypadkowości twórczej, pozwala na osiągnięcie o wiele lepszych efektów niż większość dzisiejszych szlagierów z radia, nie mówiąc już o promowaniu dobrego, klasycznego brzmienia Korga, które jest cenione przez znawców i podświadomie lubiane przez słuchaczy muzyki (nieprzypadkowo innym instrumentem Korga zasługującym już na miano legendy jest niedawno debiutujący Microkorg).
Myślę, że gdyby pozwolić na jeszcze większą miniaturyzację Kaosiilatora do rozmiarów wręcz breloczkowych lub obniżenie ceny, mógłby się stać hitem na miano iPoda. Skoro ktoś lubi słuchać muzyki kręcąc kółkiem, może polubi tworzenie muzyki dotykając prostokąta? Zawsze byłem ciekaw co się stanie, kiedy zatrzemy granicę pomiędzy technicznym tworzeniem muzyki a wyobraźnią i kreatywnością. Mam wrażenie, że Kaossilator to jeszcze większy skok niż stylofon w 1967. Na Allegro jednak można spotkać niezadowolonych, którzy kupili urządzenie dla brzmienia trąbki i szybkich, bezproblemowych solówek w ich zespole bluesowym. Coś się jednak stało, że się zawiedli.

wtorek, grudnia 23, 2008

Line6 M13 Stompbox Modeler

Line6 M13 Stompbox Modeler

Któż nie słyszał o osławionej serii PODów, amerykańskiej firmy Line6? Chyba każdy widział te urządzenia, patrzył co w nich siedzi i do czego można je wykorzystać. Czerwona linia do gitary i czarna do basu została przez wielu uznana za najlepiej modelującą brzmienie słynnych wzmacniaczy i kolumn. Do tego wszystkiego mieliśmy dodatek w postaci bogactwa efektów, szerokich możliwości ich edycji a także możliwości połączenia PODa do komputera, komputerowej edycji brzmień i bezpośredniego nagrywania.

Zaskakująca filozofia firmy Line6 doprowadziła do ogromnego sukcesu - postanowili być bardziej przyjaźni oraz otwarci na potrzeby muzyków i zaczeli modelować to, co najlepsze i legendarne - wzmacniacze, kolumny i efekty wszystkich najlepszych producentów od dawna dostępnych na rynku - Bossa, Rolanda, Electro-Harmonixa, Digitecha, Fendera, Ibaneza, Voxa i wielu innych. Wybierali perełki, selekcjonowani brzmienia, nie będąc jednocześnie zapatrzonym we własną wizję tego, jak coś powinno brzmieć. Powstały więc urządzenia uniwersalne i wielowymiarowe i zyskały ogromną sympatię wielu.

System PODów, efekty w kostkach, profesjonalne efekty rack i w końcu doskonała seria M - zbiór czterech "multikostek" pogrupowanych tematycznie - przestery, filtry, modulacje i pogłosy zaczęły być używanę przez wiele znanych zespołów, z których wystarczy wymienić Radiohead czy The Music. Na początku 2008 roku pojawiło się jednak coś zupełnie nowego. Niby multiefekt, jednakże bazujący na doskonałej idei uproszczenia tego, co wielu muzyków odpychało od efektów tego typu - Line6 M13 Stompbox Modeler.


Jak to wygląda

Zbudowany w całości z metalu, niemalże pięciokilogramowy (!) M13 składa się z czterech sekcji, co wróży nam możliwość działania czterech efektów jednocześnie. Efekty są pogrupowane w sceny - w pełni zapisywalnych scen jest dwanaście; w każdej z nich cztery banki po trzy efekty. Metalowe przyciski znane z serii X3 działają miękko, ułożone są kaskadowo - na półkach - co pozwala na bezbłędne wybranie własciwego . Kolory wyświetlaczy oraz podświetlenie przycisków zmieniają się w zależności od tego, jaki rodzaj efektu mamy wybrany i przygotowany pod danym przyciskiem. Z tyłu wejścia i wyjścia stereo, stereo wyjście i wyjście na pętle efektów, możliwość podłączenia dwóch pedałów ekspresji oraz wejście i wyjście midi. Do tego w komplecie zasilacz i brak możliwości działania na bateriach.

Co w środku

83 efekty z urządzeń serii M, proefektów w rackach i Verbzilli plus efekty, o które prosili użytkownicy wyżej wspomnianych serii pogrupowane w bankach i z przyporządkowanymi kolorami (tak jak kostki serii M - wybranie przesterów podświetla wyświetlacz na żółto, dilejów na zielono itp.). Pod każdym z dwunastu przycisków sceny można wybrać dowolny efekt, co pozwala np. na zebranie dwunastu różnych przesterów o różnych ustawieniach i używanie jednocześnie do czterech z nich. True bypass (spodziewaliście się? Bo ja nie!), tap tempo, tuner a do tego wszystkiego 30 sekundowy looper w pełni sterowalny dzięki przyciskom M13. Czad!


Kto, po co i dlaczego?


Pomyśleli sobie panowie z Line6, że może ktoś nie będzie potrzebował modelowania pieców i kolumn? W dzisiejszym świecie wtyczek VST ustawianie brzmienia w studiu nie jest już wcale takie trudne. Albo może ktoś ma już własny wzmacniacz, z którego jest bardzo zadowolony? A może jeszcze inaczej? Ktoś nie lubi multiefektów dlatego, że surfowanie po menu, przerzucanie się między dżojstikami i gałeczkami edycji doprowadza go do furii. Nie pomylili się. Tutaj nie ma wielkiej filozofii - jedna gałka wybiera efekt, który sobie użytkownik obmyśli a reszta służy do edycji parametrów. Wszystko zapamiętywane jest na bieżąco, więc nie trzeba się bać, że jak wyłączy się urządzenie z prądu, to długo ukręcane brzmienie zniknie. Już zostało zapamiętane. Dostęp do wyboru scen za pomocą dedykowanego przycisku. Tak samo intuicyjnie dostępny looper i tuner. A - o dziwo - urządzenie ciągle można update'ować - nie przez USB, którego nie ma, ale przez wejście MIDI. A wyjście MIDI pozwala na archiwizacje swoich brzmień. Prosto, ponieważ tak zaawansowane funkcje są tylko dla wnikliwych.

Brzmienie i funkcjonalność

Zacznę od loopera, który właściwie zadecydował o moim wyborze tego urządzenia. Steruje nim grupa odpowiednich przycisków. Start/stop, Record/Overdub, Undo. Do tego mamy Play Once do pojedyńczego wyzwalania pętli, Half Speed (można zwolnić materiał o połowę lub nagrywać z tą funkcją minutowy loop) i Reverse - do puszczania materiału od tyłu. Nieprawdopodobnym wynalazkiem jest Pre/Post, który pozwala na: nagrywanie surowego sygnału bez efektów i nakładanie tych efektów potem lub nagrywanie bezpośrednio z efektami - doskonała funkcja. Według mnie - jeden z najlepszych looperów na rynku. Model podwójnej kostki RC-20 XL Bossa z pewnością bije na głowę (nie licząc tego, że Boss ma możliwość wgrywania i zapamiętywania dziesięciu banków pętli). Doskonałe brzmienie, nawet przy zwalnianiu materiału o połowę - wszystko się trzyma w tonacji, wysokość dźwięku nie jest zmieniana przy zmianie tempa. Dodając do tego możliwości, jakie dają zawarte w M13 efekty - nieskończona kreacja.

Efekty - doskonale znamy je z serii M, Line6 więc kto się spotkał - wie o co chodzi. Pełna lista jest dostępna na stronie Line6, więc każdy może sobie zobaczyć, nie ma po co opisywać. Moje wrażenia: doskonałe kompresory, wybór jest taki, że każdy coś dla siebie i swojego instrumentu znajdzie. Doskonałe delaye i reverby (zawsze uważałem, że reverby gitarze basowej nie służą - Line6owy dobór tychże pokazał mi, że czasem użycie reverbu może dobrze gitarze basowej zrobić). Modulacje i filtry - to Line6owa klasyka. Symulacje MuTrona czy napięciowo sterowanego Oberheima lub Synt-O-Matic to coś, co zaskoczy każdego, niezależnie od wyznania muzycznego. Jedyne zastrzeżenia mogę mieć do sekcji przesterów, która - siłą rzeczy - brzmi trochę cyfrowo. Myślę jednak, że to jest kwestia przyzwyczajenia, zupełnie nieistotna w ogólnym miksie. Efekty są łatwo edytowalne, mają więcej możliwości edycji niż w serii PODów a co najważniejsze - nie trzeba przewijać menu, żeby dotrzeć do wszystkich potrzebnych funkcji. Brak odrobinę pedału ekspresji, jednakże są wejścia na dwa, więc nie można chyba narzekać na ten fakt. Efekt z pedałem musiałby ważyć chyba z dobre siedem kilogramów. Jeżeli ktoś potrzebuje - może skorzystać z zewnętrznego pedału firmowego lub jakiegokolwiek innego (producent jest tak miły, że podaje nawet jego wyczerpującą specyfikację - to niecodzienne w dzisiejszych czasach).

Podłączyć M13 można do wzmacniacza na kilka różnych sposobów: gitara-M13-wzmacniacz (wtedy można używać swoich kostek na pętli efektów, jakby się ktoś z nimi rozstać nie mógł) lub gitara-wzmacniach+M13 na linii efektów. Można też - podzielić sygnał na dwa i używać do swojego nagłośnienia dwóch pieców, jeden wykorzystując do przesterów, a drugi do pogłosów - bombowe rozwiązanie znane z Line6 X3 i wprowadzane z opóźnieniem przez Bossa w serii multiefektów GT-10.

Dla kogo to wszystko?

Testować M13 jechałem z duszą na ramieniu. Line6 nigdzie nie pisze, dla kogo ten kombajn jest przeznaczony. Dopiero po dłuższych poszukiwaniach w FAQ producenta można znaleźć informacje, że bas brzmi pod M13 doskonale (szczególnie poleca im się efekt nazwany Sub Octave Fuzz - oktawer z przesterem). M13 może także (dzięki wejściom i wyjściom stereo) zaspokoić potrzeby klawiszowców a nawet wokalistów.
Jeżeli macie swoje własne piece i/lub nie lubicie sterować wszystkim przez menu na małym wyświetlaczu - będziecie zadowoleni. Jeżeli chcielibyście się loopować na żywo a dodatkowo chcielibyście synchronizować swoje efekty z zewnętrznym sekwencerem przez midi - to jest dla was. A w końcu - jeżeli uwielbiacie projektować, grzebać w brzmieniu, eksperymentować - nie ma w tej chwili lepszej propozycji na rynku. Warto jwspomnieć jednakże, że podobna idea przyświecała firmie Boss, kiedy wypuszczała ona na rynek multiefekty z serii ME-50 do gitary i basu. Seria ME-50 jest dziś o połowę od Line6a tańsza i prostsza. Efekt M13 kosztuje w tej chwili (po zwyżce dolara) około dwóch tysięcy złotych. Czy to dużo za 83 efekty plus looper jeśli sam looper takiej jakości kosztuje minimum osiemset złotych a w prezencie dostaje się na wszystko true bypass? Przewrotne pytanie. Czy za te pieniądze nie lepiej kupić X3? To wbrew pozorom - zupełnie różne urządzenia, które różni przede wszystkim odbiorca i jego potrzeby. Gdy zacząłem testować M13 w sklepie muzycznym - szybko stworzyłem loop, szybko dobrałem efekty i każdy z nich wyedytowałem tak, by z linii basu wytworzyć wyfiltrowaną przestrzenną ściężkę, prawie jak z muzyki filmowej. Gdy testowałem XT, X3 i wiele innych multiefektów - jedyne na co starczyło mi odwagi to przesłuchanie brzmieniowych patternów dostarczonych przez producenta. M13 na pewno "ukreatywnia" i "odMENUwowywuje" i upraszcza współczesne muzyczne nowinki. A przy okazji świetnie brzmi.



Linki:
- Lista efektów w M13: http://line6.com/data/l/0a060072e79a483463136dfe4/application/pdf/M13%20Model%20 Gallery%20(Rev%20A)%20-%20English.pdf
- Strona urządzenia: http://line6.com/m13/